Wywiad z Marcinem Kędzierskim

16/6/2017 6:39 pm

Marcin Kędzierski  mieszka i pracuje w Warszawie. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, na Wydziale Grafiki. Dyplom uzyskał w Pracowni Plakatu profesora Mieczysława Wasilewskiego. W latach 1997-1998 tworzył gościnnie na Wydziale Malarstwa, w pracowni prof. Leona Tarasewicza.

Otrzymał wyróżnienie za obraz pt: Oczekiwanie-czerwone na 36 Ogólnopolskim Konkursie Malarstwa Bielska Jesień 2003. W 2008 r. otrzymał wyróżnienie za obraz Pod Blokiem w konkursie Obraz Przestrzeni Publicznej w Poznaniu. Jest laureatem Ogólnopolskiego Konkursu Malarskiego Warszawski Pejzaż  2014 w kategorii Osobliwości Warszawy za obraz Brzeska 12.W tym samym konkursie zajął również 3 miejsce w kategorii Historia Warszawy za obraz „Pożegnanie Pary Prezydenckiej”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu przeprowadzonego z Marcinem Kędzierskim przez Annę Krawczyk.

AK.: Panie Marcinie, jest pan współautorem inicjatywy o nazwie Grupa Miejska. Czy moglibyśmy się dowiedzieć coś więcej na jej temat ?

MK: Oczywiście, chętnie przybliżę idee i historię GM, której historia trwa już kilkanaście lat.

AK.: Nie jest to nowy pomysł, czyli ma swoją historię?

MK: Tak, jej początki sięgają roku 2004 r., a swój początek zawdzięcza tak jak wiele współczesnych inicjatyw internetowi. W tamtym czasie podobnie jak dziś zajmowałem się malarstwem o bardzo konkretnym charakterze. Założyłem sobie jeszcze na studiach, że spróbuję zająć się tą dyscypliną na poważnie, więc już na samym progu działalności ustaliłem sobie cel oraz spektrum zainteresowań. Wydawało mi się, że znalazłem własną, indywidualną i uniwersalną inspirację, która zdawała się workiem bez dna. Tą inspiracją było, ogólnie rzecz biorąc miasto wraz ze swymi różnorodnymi aspektami życia i rozwoju. Środowisko zawierające w sobie ogrom stylów i tematów malarskich. Co więcej, wybierając figuratywny temat, nie musiałem rezygnować z doświadczeń formalnych charakterystycznych dla abstrakcji geometrycznej, której przykłady łatwo odnajdziemy w pejzażu współczesnych miast. Stąd już blisko było nawet do kierunków powstałych w zeszłym wieku, kiedy to temat miasta był bardzo popularny: formizmu, kubizmu lub konstruktywizmu. Podmiotem sztuki pozostawał dla mnie zdecydowanie człowiek.

AK.: A druga część nazwy -grupa . Możemy rozszyfrować ?

MK. No właśnie 🙂 . Ustalając swój styl już na samym wstępie, spodziewałem się indywidualnej przygody, chociaż miałem świadomość, że nie jestem żadnym wynalazcą, a pomysł na taką twórczość zaczerpnąłem od innych artystów. Na przykład jeszcze na studiach na wydziale Grafiki prof. Rosław Szaybo „zaraził mnie” pasją fotografii miejskiej, zwrócił uwagę, że to w plenerze znajduje się niewyczerpane źródło inspiracji. To wszystko znaleźć można u innych klasyków takiej

fotografii: Tadeusza Rolke, Zbyszko Siemaszko czy Chrisa Niedenthala. Są to tematy wieczne, wpisane w historię sztuki więc przykładów takich nie brak w tradycyjnym malarstwie. Mimo to wyobrażałem sobie wówczas, że te moje miejskie obserwacje są mi tylko dostępne i osobiste. Jak się jednak szybko okazało, bardzo się myliłem. Sprawcą tego był oczywiście internet, który w krótkim czasie pozbawia nas złudzeń co do naszej wyjątkowości. Pozwala też komunikować się na niespotykaną wcześniej skalę. Tą drogą natrafiłem szybko na bratnią duszę artystyczną, co ciekawsze z innego miasta.

AK.: Czy to znaczy, że zaczął pan korespondować z klasykami gatunku-mistrzami miejskiej fotografii.

MK. Nie zupełnie. Pamiętam, że pewnego dnia w wolnej chwili pomiędzy obowiązkami zawodowymi wpisałem w przeglądarce hasło „miasto”. Wśród pierwszych pozycji, jakie wylosowała maszyna, łatwo odnalazłem link do opowiadania „Miasto” Małgorzaty Szymańskiej młodej autorki z Trójmiasta. W utworze tym nie bez zaskoczenia odnalazłem obrazy, które sam wcześniej fotografowałem, malowałem. Były to motywy powracające wielokrotnie, na których oko samo się zawiesza. Okna kamienic, klatki schodowe, prześwity nieba poprzecinane pionowymi ścianami betonu lub inne elementy charakterystyczne dla współczesnego wówczas krajobrazu nie tylko polskich miast- Gdyni, Warszawy, Krakowa, czy Rzymu. W każdym z nich odnajdziemy ciemne zaułki, szerokie panoramy, błękitne wieżowce czy popularne wszędzie blokowiska. A o tym, że te obserwacje bywają uniwersalne, przekonałem się, czytając opowiadanie Małgorzaty, które sam wcześniej nieświadom jego istnienia ilustrowałem. Zainteresowała mnie ta zbieżność obserwacji, więc postanowiłem nawiązać kontakt z autorką. Jak się okazało, była ona wtedy jeszcze studentką uczelni artystycznej o literackich zainteresowaniach. A miejska fotografia nie była jej wcale obca, co udowodniła w debiutanckiej powieści „Dłonie”, którą niedługo potem wydała. Są tam fragmenty dotyczące ulotnych sesji fotograficznych robionych w plenerze na warszawskiej Pradze i innych miejscach dostępnych głównie młodym ludziom o artystycznych zamiłowaniach. Dziś jest już doświadczoną, uznaną pisarką z kompletem książek oraz licznym gronem sympatyków, i nazywa się Małgorzata Warda.

AK. : Podobne zainteresowania i różne formy wypowiedzi to był pomysł na współpracę

MK. Chyba tak, pamiętam, że nie miałem problemu z pomysłem na współpracę. Jako grafik z niewielkim stażem, ale pewnymi możliwościami intuicyjnie podejmowałem się wyzwań redakcyjnych łączących grafikę z tekstem. Zacząłem z miejsca projektować niewielkie ulotki, komponując swoje obrazy z jej tekstami (czasem wystarczyło kilka zdań, czasem dłuższy akapit) Dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej drukarni mogłem tanio drukować je w większych ilościach. Dalej scenariusz narzucał się sam. Miejskie ulotki z powrotem wędrowały na mieście przy okazji kolejnych wypraw w poszukiwaniu nowych tematów. I tak koło się zamykało. Pierwsze ulotki powstały w grudniu 2004 r. a ich premiera na ulicach Warszawy i Gdyni miała miejsce pod koniec roku pomiędzy świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem. Były to lata popularności druków ulotnych tzw.vlepek, my jednak staraliśmy się nie wlepiać, a raczej zawieszać, wtykać, wkładać w różnych mniej lub bardziej oryginalnych miejscach tak, żeby ktoś mógł je sobie przeczytać lub nawet zabrać na pamiątkę. Były to np. ławki w parku, klatki schodowe, windy (powstała z tej okazji specjalnie przygotowana ulotka pt. Winda), framugi okien, wnętrza autobusów i tramwajów, kawiarnie oraz wiele innych miejsc użyteczności publicznej lub odludnych zaułków. Pewnego razu przy wieszaniu niewielkich plakatów, interweniował patrol policyjny. Byliśmy więc notowani. Z czasem powstała strona internetowa dokumentująca naszą działalność, na której pojawiły się pierwsze komentarze. Tak to z grubsza wyglądało, dołączali do nas nowi autorzy, którym bliskie były podobne tematy tacy jak Henryk Piechnik, Szymon Augustyniak. Henryk Piechnik na przykład był autorem ekspozycji naszej wystawy na warszawskim powiślu w garażu na ludnej. To tam podczas wernisażu plakatów z tekstami Szymona Augustyniaka zainstalował kamerę internetową, przez którą transmitowaliśmy przekaz do większej imprezy w Pałacu Kultury, gdzie odbywał się równocześnie festiwal sztuki ulicznej. Obraz z naszego garażu na Ludnej wyświetlano w niewielkim jego modelu ustawionym w holu wielkiej imprezy w PKIN-ie. Brzmi to dziś może trochę skomplikowanie, ale tak było i trudno to teraz po latach lepiej opisać. Trzeba tam było być 🙂 Ciepło wspominam współpracę z bardzo moim zdaniem uzdolnionym literacko Szymonem Augustyniakiem. Miał swój specyficzny bardzo naturalistyczny styl, który nawiązywał formą do literackich pereł literatury rosyjskiej (np. Gogola) oraz powojennych opowiadań Marka Hłaski czy Marka Nowakowskiego. Korzystaliśmy z uprzejmości dobrych fotografów Szymona Michny i Wojtka Kosikowskiego, którzy użyczali nam swoich motywów podpatrzonych nie tylko w kraju, ale na ulicach całego niemal świata. Z Nowego Yorku urywki podsyłała Dorota Darczewska, od lat mieszkająca tam koleżanka z dawnego powiśla. I gdyby nie codzienne obowiązki, życiowe zawirowania i inne problemy, myślę, że nasza współpraca rozwijałaby się prężnie tak jak na początku wieku w latach 2004 – 2007. Kontynuuję jednak redakcję blogu gdzie publikuję aktualne obserwacje, a gdzie być może zaczną się pojawiać niedługo nowe wspólne projekty. Gdyby tylko człowiek miał więcej czasu i mniej obowiązków to by się działo 🙂

AK: Chyba i tak dzieje się gdyż powstaje wiele  Pana wspaniałych, „miejskich” prac. Dziękuję za rozmowę

 

Było to spotkanie z Artystą Marcinem Kędzierskim.